Michał Listkiewicz – moje mundialowe życie | Polska–Albania
W przeddzień meczu Polska–Albania wracamy do mundialu widzianego oczami Michała Listkiewicza.
Michał Listkiewicz o kulisach mundiali, sędziowskich rekordach, Maradonie, Messim i o tym, dlaczego futbol nigdy nie będzie tylko korporacyjnym produktem.
Autor: Michał Listkiewicz
Grać na Mundialu jest marzeniem każdego piłkarza, sędziować – arbitra, relacjonować – dziennikarza, kibicować – fana futbolu. Udział w ścisłym finale Mistrzostw Świata 1990 we Włoszech był bez wątpienia najważniejszym wydarzeniem mojego sportowego życia. Droga do niego była kręta, niecodzienna.
Najpierw musiałem wygrać rywalizację z europejskimi konkurentami, później przygotować się na ścieżkach Lasku Bielańskiego do trudnych egzaminów biegowych, a na koniec zmierzyć się z donosami „życzliwych”, którzy informowali FIFA, że zamierzam łączyć pracę sędziego i dziennikarza, co było surowo zabronione.
Na szczęście prezydent FIFA Joseph Sepp Blatter nie jest człowiekiem małostkowym i kocha Polskę. W tamtych czasach nie było jeszcze podziału na sędziów głównych i liniowych, dziś zwanych asystentami.
Byliśmy jedną 40-osobową elitarną grupą arbitrów z całego świata. Z założenia każdy z nas miał sędziować trochę na środku, trochę na linii. Zacząłem od chorągiewki w meczu otwarcia i… już się z nią nie rozstałem do finału, ustanawiając niepobity do dziś rekord, czyli osiem sędziowanych spotkań na jednym Mundialu.
Początkowo byłem nieco rozczarowany, że nie obsadzono mnie ani razu w roli pierwszoplanowej, ale z każdym kolejnym meczem czułem się jak zdobywca Oscara za rolę drugoplanową. Mój rekord zdaniem wielu był zasługą… Ojca Świętego Jana Pawła II. Podczas audiencji dla sędziów Karol Wojtyła powiedział do władz FIFA: „Szkoda, że w turnieju nie zagra reprezentacja mojej Ojczyzny, ale mamy tu sędziego Michała, za którego powodzenie będę się modlił”. Bardzo religijny prezydent Blatter obsadził mnie na mecz otwarcia, ćwierćfinał, półfinał i finał, co nie zdarzyło się nigdy wcześniej ani później.
Sam finał Niemcy – Argentyna słabo pamiętam, bardziej to, co wydarzyło się po nim, czyli kopanie kolegów Maradony w drzwi naszej szatni i pogróżki. Cóż, emocje po porażce w najważniejszym meczu i to z rzutu karnego są jakimś wytłumaczeniem.
Boski Diego wynagrodził mi to zachowanie dwie dekady później na Mundialu w RPA. Maradona był już selekcjonerem reprezentacji Argentyny, a ja komisarzem FIFA. Przed meczem poprosiłem o jego podpis na koszulce, powołując się na finał sprzed 20 lat. „Co było, to było, zapraszam do szatni” – miło mnie zaskoczył. A w szatni jeszcze bardziej, gdy nakłonił do dedykacji na koszulce Argentyny Leo Messiego, wtedy młokosa. W ten sposób stałem się posiadaczem unikalnej koszulki z podpisami największych moim zdaniem gwiazd w historii futbolu.
W roli sędziego zaliczyłem dwa finały mistrzostw świata (1990 i 1994), potem kilka kolejnych w roli obserwatora sędziów lub komisarza odpowiedzialnego za organizację. To nie były miesięczne wczasy w pięknych miejscach, a ciężka praca, choć w Brazylii mieszkałem przy samej plaży w Recife, więc miałem co podziwiać. Organizacja Mundialu czy EURO angażuje tysiące ludzi, w większości wolontariuszy. Później z tego grona rekrutują się profesjonalni managerowie. Tak było w przypadku polsko-ukraińskiego EURO 2012 — i to, prócz infrastruktury, nasza wielka spuścizna największej imprezy sportowej w historii Polski.
Minęły czasy, gdy wszystko odbywało się na żywioł, z czego brały się liczne wpadki, także w Polsce. Odwołanie meczu Polska – Anglia w Warszawie z powodu awarii dachu czy odegranie niewłaściwego hymnu narodowego przed spotkaniem Polska – Węgry to jedne z licznych przykładów. Inna sprawa, że czasami trzeba odejść od korporacyjnych schematów i działać intuicyjnie. Ład korporacyjny w sporcie sprawdza się tylko do pewnego momentu.
To dziedzina oparta na współdziałaniu ludzi i emocjach. Czasami dobrych, kiedy indziej złych.
Rywalizacja sportowa to nie taśmowa produkcja aut ani tworzenie programu komputerowego. Pieniądze nie przesądzają o sukcesie. Trafnie skomentował to kiedyś Trener Tysiąclecia Kazimierz Górski, mówiąc: gdyby w futbolu decydowały tylko pieniądze, to mistrzem świata byłaby Arabia Saudyjska, a Nigeria nigdy by się na Mundial nie zakwalifikowała.
Jako oficjel FIFA parokrotnie musiałem odstąpić od utartych schematów i wytycznych z góry. Gdy tysiące kibiców z Iranu ubrało się w koszulki z politycznym przesłaniem przed meczem z USA podczas Mundialu we Francji w 1998 roku, to sam błyskawicznie musiałem zmusić realizatora transmisji telewizyjnej, by w relacji nie pokazywano jednej trybuny.
Nie ukrywam, że kosztowało mnie to dres reprezentacji Polski i butelkę wódki Chopin. Czego nie ma w telewizji, to nie daje efektu — przynajmniej wtedy tak było.
Dziś, gdy reprezentacja Polski walczy o awans do mistrzostw świata, te doświadczenia nabierają nowego znaczenia.
Futbol komercjalizuje się w zatrważającym tempie, jak wszystko, co nas otacza. Powiększanie formatu mistrzostw świata z 24 przez 36 do 48 drużyn spotyka się z krytyką w krajach o bardzo silnej pozycji na piłkarskiej mapie, dla których awans zawsze był tylko formalnością. Brazylia, Argentyna, Francja, Hiszpania, Niemcy, Włochy — grono jest zacne, choć i tym wielkim zdarzały się bolesne rozczarowania, czyli brak awansu.
Całkiem inaczej patrzą na sprawę tam, gdzie udział w mundialowym święcie przechodzi do historii i jest epokowym wydarzeniem. Kiedyś prowadzony przez „naszego” Leo Beenhakkera Trynidad i Tobago, teraz Curacao. Tylko czy europejski kibic wstanie w środku nocy, by oglądać zmagania reprezentacji Republiki Zielonego Przylądka z Curacao?
Zdecydowana większość sponsorów FIFA to firmy mocno powiązane z rynkiem europejskim. To wiele mówi.
To będzie bardzo długi, wyczerpujący turniej. Nie oczekiwałbym od faworytów gry na całego już na jego początku. O ostatecznym sukcesie mogą zdecydować rezerwowi, a krótka ławka okazać się przekleństwem. W sędziowaniu dojdzie pewnie do kolejnych eksperymentów wymyślonych przez dwójkę łysych gentlemanów z FIFA: Pierluigiego Collinę i Gianniego Infantino. Interpretacje na mecz otwarcia wyznaczają kierunki arbitrażu w kolejnych latach.
Zapewne pojawi się publiczne wyjaśnianie podjętych decyzji przez stadionowe megafony, więcej kamer VAR, nowe kolory strojów sędziowskich. Sędziowałem w trykocie różowym, zielonym, niebieskim, pomarańczowym, czerwonym, ale najchętniej w czarnym. Nie bez powodu nazywano nas „czarną mafią”. Sędzia to zawsze dyżurny chłopiec do bicia, dziś w dobie internetowego hejtu szczególnie. Może dlatego coraz mniej młodych ludzi garnie się do biegania z gwizdkiem po boisku? A przecież bez arbitra żaden mecz się nie odbędzie. Sędzia też człowiek — pamiętajmy o tym.



Opublikuj komentarz